sobota, 9 stycznia 2016

[Recenzje] Amator (1979)




Niesamowite jak wielką ignorancją się wykazywałem, kiedy myślałem, że polska kinematografia to dno i wodorosty. Dobre, współczesne polskie filmy można policzyć na palcach jednej ręki, bo większość z ukazujących się dzieł to szmiry najwyższej próby, ale niesamowita ilość dzieł została stworzona jeszcze w czasach głębokiego PRLu, przez co możemy chóralnie ogłosić: tak, Polacy w filmy umieją niewątpliwie.





Dlaczego to wszystko piszę, czemu wylewam właśnie tu i teraz mój wewnętrzny żal i czym on jest spowodowany? Ano dlatego, że nie mogę pojąć dlaczego nikt mi takiego świetnego filmu nie podsunął wcześniej. Wydaje mi się, że obowiązkiem każdego propagatora kultury jest promocja takich wybitnych dzieł w rozmaity sposób. Nie rozumiem dlaczego przed tym, jak zainteresowałem się światem filmu nikt mi o Kieślowskim nie powiedział ani słowa chociażby w szkole, na lekcji Języka Polskiego? Dlaczego obrazy tak wartościowe nie znajdują się w ramówce telewizji publicznej chociażby w godzinach późno wieczornych? Ja wiem, że istnieją takie kanały jak TVP Kultura, ale umówmy się - w zdecydowanej większości moje pokolenie przełącza ten kanał i nawet nie wie jakie perełki można na nim znaleźć. Zatrważa mnie ta ignorancja. Potrafię zrozumieć i uszanować, że ktoś tego nie lubi, ale żeby nie znać Kieślowskiego? To tak jakby nie znać Mickiewicza czy Sienkiewicza. Zamiast propagować utwory poetów z całkowicie innych epok, które w większości przypadków straciły swoją uniwersalność, można by w przystępniejszy sposób - na dwóch godzinach lekcyjnych puścić film. Wyniosłoby się z niego o wiele więcej niż z jedenastozgłoskowca Mickiewicza, którego osobiście szanuję.

Krzysztofa Kieślowskiego poznałem już wcześniej za sprawą Dekalogów i nadal go z zapartym tchem powoli poznaję. Ostatnio właśnie za sprawą Amatora nadrobiłem kolejny zaległy film i co najważniejsze - kolejny świetny obraz mistrza.

Sam obraz można podzielić na kilka płaszczyzn. Pierwsza to zgrabna historyjka o mężu i ojcu, który kupuje kamerę aby nakręcić pamiątkowe krótkie filmiki z życia ukochanej córeczki. Dzisiaj raczej jawi się ten pomysł jako oklepany i nieoryginalny, ale wtedy? W komunistycznej Polsce? Samo posiadanie kamery przez przeciętnego Kowalskiego było szokiem i Kieślowski świetnie to przedstawił, rozwijając akcję na podstawie właśnie tego faktu. Z biegiem czasu bohater grany przez Jerzego Stuhra zaczyna z coraz większym zaciekawieniem wnikać w tajniki filmu i wykorzystuje ją na większą skalę.

Druga płaszczyzna ukazuje nasz Polskę tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego. Pokazuje absurdy widocznie już wtedy, a jeszcze bardziej uwidocznione obecnie. Niemożność realizacji swoich celów, planów i marzeń. Ciągłe odgórne dyrektywy, ciosanie kołków na głowie, zakrywanie rzeczywistości. Dla mnie, młodego człowieka, to całkowicie inna, wręcz surrealistyczna rzeczywistość.

Kolejny aspekt, najbardziej pożądany przeze mnie i najciekawszy w ogóle, to oczywiście aspekt psychologiczny. Piękne, a zarazem niezwykle przykre wnioski się wysuwają po seansie Amatora. Poznajemy tytułowego bohatera, który wraz z poznawaniem świata filmu odkrywa, że można żyć inaczej. Można żyć z pasją, a nie tylko rutyną dnia codziennego. Przechodzi on wewnętrzną przemianę wartości i jest gotów porzucić swoje spokojne, rodzinne życie kosztem samorealizacji. Zaczyna robić coś, co teraz wydaje się bardzo łatwe, ale kiedyś było niemalże nieosiągalne dla zwykłego śmiertelnika. Zaczyna się spełniać i robić to, co kocha.

Najbardziej cenię jednak wnioski, jakie wyciągnąłem z tego seansu. Obecnie wcale nie jest łatwiej się realizować. To trochę jak w "Ferdydurke", gdzie Józio chce uciec ze szkoły, ale zaczyna sobie grzebać w bucie. Coraz więcej możliwości, a coraz mniej pasji w nas. Coraz więcej drzwi otwartych, ale jakby buty skute kajdanami. Mieć taką pasję jak Filip Mosz - to by było coś!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz